Wiedeń

Rum mejt mnie ochrzania, że bardzo faux pas z mojej strony, gdyż jest już styczeń a ja nadal nie wstawiłam postu z Wiednia. Więc wstawiam. Co mnie cholernie wkurza, bo przypomina, że w styczniu nie zrobiłam sobie żadnej wycieczki, już raczej się to nie zmieni. I mi smutno. Dobrze, że Kraków jest ładny.

Nafaszerowałam ten post największą ilością zdjęć w mojej blogowej przygodzie, nie będę się przyznawać ile.. nie liczcie. No i w sumie to mogłabym już nic nie pisać, ale przecież to nie w moim stylu..

Wyjechałyśmy z Kejt flixbusem z Krakowa w piątek popołudniu i na miejsce noclegowe dotarłyśmy ok. 23:00 także generalnie nadawałyśmy się już do spanka, bo na drugi dzień miałyśmy bardzo dużo planów i napięty grafik. Nie ukrywam, że elegancko się przygotowałam w temacie zwiedzanka i poruszania się po mieście #proudofmyself

W sobotę zaczęłyśmy od zwiedzania Pałacu Schönbrunn – barokowa budowla z 17 w. wpisana aktualnie na listę UNESCO. Po krótkim spacerze po niezbyt uroczym o tej porze roku ogrodzie i wspinaczce na wzgórze, na którym pięknie prezentuje się tzw Glorieta, po podziwianiu imponującej fontanny Neptuna zakupiłyśmy bilety na zwiedzanie wnętrza.

  Powyżej widok na fontannę Neptuna, w tle wzgórze z wyłaniającą się Glorietą.

Glorieta, została wybudowana w późniejszym czasie, na życzenie Marii Teresy, która chciała mnieć “swoje miejsce”. Przepiękny taras widokowy i arkady z widokiem na pałac, ogrody i miasto. Aktualnie w środku mieści się kawiarnia.

Ponoć żółty kolor był ulubionym kolorem Marii Teresy, więc pierdykli całość na żółto, słodko.To ja Kasia, na wycieczce w Wiedniu, było fajnie – nie żałuję.

Mam kilka dziwnych zboczeń, między innymi bardzo lubię zbierać bilety wstępów do muzeów i tym podobnych atrakcji, bilety komunikacji miejskiej z różnych miast.. Tłumaczę sobie, że to dziedziczne, nie do końca z mojej winy – mam to po Matuli..

Okej, pałac zaliczony, więc ruszamy dalej. Pogoda jak na koniec listopada wręcz wymarzona, niezbyt ciepło ale słonko muska po polikach.
Przystanek Karlsplatz, a pod nosem Wiener Staatsoper – przepiękny budynek Opery Wiedeńskiej, a wkoło przebrani pracownicy zachęcający do “zaglądnięcia” w repertuar. No i fajnie, idziemy dalej.

Tuż za operą widok, który niesamowicie zapadł mi w pamięć, najbardziej zaimponował i do końca życia będzie przywoływał zachwyt. Podążałyśmy do galerii Albertina, ale takich widoków się chyba się spodziewałam do końca.

Lekko głodne i zachęcone zapachami spod Albertiny postanowiłyśmy przekąsić słynną kiełbę, czyli jednym słowem Wurstelstand. Przypuszczam, że gdybyśmy nie przycebuliły i wzięły bogatszą wersję byłybyśmy bardziej zadowolone, no ale kichy zapchane więc można iść dalej..

Pałac Hofburg i mieszczące się w środku muzeum był dla mnie punktem obowiązkowym do zwiedzenia, a bilet studencki kosztował jedyne 6 euro! Piękny budynek obejrzany został przez nas chyba z każdej strony, ale to co zobaczyłam w środku.. Trzeba się przekonać na własne oczy!

Przepiękne wnętrze okazało się być bardzo wymagające pod względem fotografii. Wnętrze to jedno, a zbiory to drugie. Szczena do podłogi, jestem zachwycona do dzisiaj.

A po drugiej stronie ulicy?
Naprzeciw siebie dumnie stoją dwa ogromne budynki czyli Muzeum Historii Sztuki i Muzeum Historii Naturalnej. Jak tam wrócę to w pierwszej kolejności planuję wizyty w tych miejscach, bo jednak mam lekki ból dupci jak czytam i oglądam internety..

No i generalnie robi się już późne popołudnie, nam nóżki dają się we znaki, żołądek znów zaczyna przemawiać..
O MATKO POD RATUSZEM JEST JEST JARMARK ŚWIĄTECZNY!   G R Z A N I E C.

No to zahaczmy jeszcze o Katedrę Stefana i jedźmy na Diabelski Młyn, bo na zachód to będzie idealnie!

TADAAAAM!
Docieramy na Wiener Riesenrad, czyli Diabelski młyn z superfajną panorama na okolicę. Polecanko!

Ten dzień nas tak wykończył, że po jednym piwie na mieście zwyczajnie marzyłyśmy już tylko o pójściu spać, tak więc też zrobiłyśmy, bo na drugi dzień też trzeba było mieś siły.
Drugiego dnia musiałyśmy już zabrać ze sobą nasze bagaże i targać po mieście. A niedziela była okropnie zimna! Co kawałek wchodziłyśmy do kościołów czy kawiarenek żeby tylko trochę zagrzać tyłki.
Na pierwszy rzut tego dnia – Hundertwasserhaus – genialne miejsce, prawdopodobnie rzuciło Wam się w oczy już w internecie. To taka architektoniczna wena twórcza, o której polecam sobie doczytać w ramach ciekawostek.

Zniechęcone zimnem i ciężarem na plecach postanawiamy wsiąść do pierwszego lepszego tramwaju i po prostu jechać przed siebie. Na takiej jeździe zeszło nam dość sporo czasu. I w sumie nie był to taki zły pomysł. Nie dość że było ciepło w tyłek, to przez taką jazdę głównymi liniami można dużo zobaczyć i wysiąść, gdy coś wpadnie nam w oko. No i tak nam właśnie wpadało – więc wysiadałyśmy i guglowałyśmy co to za cudawianki!

              Próbuję z całych sił wyprzeć ten znakomity baner reklamowy :’)

Pod koniec dnia ruszamy jeszcze pod Belweder, który również robi spore wrażenie. Jeszcze ostatni rzut oka na miasto wieczorową porą i czas ruszać do Krakowa. 

W sumie pomysł na wyjazd akurat do Wiednia, wpadł mi do głowy dość spontanicznie. W pierwszej kolejności miałam zamiar odwiedzić Pragę czy Budapeszt.
Totalnie zaczarował mnie ten Wiedeń! Jestem zachwycona i z pewnością jeszcze tam wrócę!

Skomentuj!

Scroll Up
%d bloggers like this: